Diamante Wear. Gdyńska marka, którą pokochali internauci

Published : 2018-11-17 08:05:58
Categories : Polski skateshop blog Rss feed

Diamante Wear reprezentuje nieco inny typ postrzegania mody niż ten, który zazwyczaj prezentujemy na łamach portalu. Tej gdyńskiej marki nie wypada jednak nie znać, bo udowadnia, że sportowe stylizacje nie muszą być nudne, koszulki z nadrukiem banalne, a kampania reklamowa ustępować sieciówce z gigantycznym budżetem. Mimo że są nieobecni w mediach, zyskali uznanie internautów i ponad ćwierć miliona fanów na jednym z portali społecznościowych. Z Tomaszem Grande, właścicielem Diamante Wear, rozmawialiśmy o krętej drodze do sukcesu i o tym, dlaczego lubi ścigać się z najlepszymi.

Monika Sołoduszkiewicz: Istniejecie na rynku odzieżowym od 7 lat, z jednej strony jesteście nieobecni w mediach szerszego nurtu, ale z drugiej cieszycie się ogromną popularnością w sieci. Jak się buduje taką markę?


Tomasz Grande: Te 7 lat jest dość umowne, ponieważ w 2009 roku wyprodukowaliśmy zaledwie jeden wzór koszulki, po czym firma była w zawieszeniu do 2011 roku, kiedy to uderzyliśmy z właściwą siłą. Dla nas internet jest dzisiejszym "głównym nurtem" i tutaj dzieje się magia, poza tym to tutaj jest nasz klient. Osobiście jestem fanem radia, ale wiadomo, trudno w nim cokolwiek pokazać, a mówienie o ubraniach to jak malowanie muzyki - nie zadziała. Co do telewizji, jestem zdania, że za 5 lat w ogóle nie będzie docierała do młodego człowieka. Obserwujemy to już dzisiaj, o czym świadczą sukcesy Netflixa czy inwestycje kanałów w opcje VOD. Każdy młody człowiek chce oglądać to, na co ma w danej chwili ochotę, dlatego telewizja w obecnej formie będzie atrakcyjna wyłącznie dla seniorów. Wracając do pytania, taką markę buduje się konsekwentną pracą popartą chociażby zarysem pomysłu na całość. Ważne, by wiedzieć, co chce się osiągnąć. Większość ludzi chce wszystkiego, a tak się nie da. 

Jak narodziła się koncepcja Diamante Wear? Interesował się pan modą, czy wyczuł koniunkturę i wykorzystał niszę na rynku?/


Ostatnio dyskutowaliśmy z bratem na ten temat i pamiętamy momenty z naszego dzieciństwa, kiedy kupowaliśmy materiał, wycinaliśmy z gazety kształt spodni, zanosiliśmy do krawca i tworzyliśmy swoje ubrania. Takich sytuacji było kilka, później to ucichło z uwagi na to, że na rynku pojawiało się więcej ubrań w klimacie hip-hopowym, którym byliśmy oczarowani. Było w czym wybierać. Po latach pasja zaprowadziła nas do otwarcia własnego sklepu z takimi ubraniami, a później za namową kolegi zaczęliśmy tworzyć swoje. Była to dość naturalna droga, która wynikała z wcześniejszych ruchów i przede wszystkim pasji do tworzenia czegoś swojego. Zawsze myśleliśmy o tym jak o biznesie. Nie było to ślepe podążanie za modą na tworzenie ubrań, którą obserwujemy teraz. Wtedy to jeszcze nie było popularne. 

Otwarcie własnego biznesu, poza pasją i dobrym pomysłem wymaga także zaplecza finansowego i zdolności organizacyjnych. Jednego dnia trzeba być projektantem, PR-owcem, magazynierem i negocjatorem. Co okazało się najtrudniejsze w budowaniu własnej marki?



Otwierając biznes nie myśleliśmy o trudnościach, jakie nas czekają, bo zapał i pasja przyćmiły braki w doświadczeniu, brak ludzi do współpracy czy jakiekolwiek inne problemy. Wszystkiego uczyliśmy się na bieżąco, obserwowaliśmy ludzi, gusta oraz rynek i na gorąco produkowaliśmy wszystko, żeby móc czym prędzej się tym pochwalić. Mimo to najtrudniejszym elementem tej branży jest człowiek, bo cała działalność opiera się na szerokiej współpracy i choćbym miał najlepszy pomysł na świecie, to bez ludzi go nie zrealizuję. Zwłaszcza na początku było z tym ciężko. Walczyliśmy z nadrukami, rozmiarami, jakością dzianin i tak można by wymieniać, ale po latach wypracowaliśmy wspólny język i jest bardzo dobrze. Trudno powiedzieć, co jest najtrudniejsze - może zderzenie się z rzeczywistością? Wiele osób myśli, że jak stworzy ładne hasło, czy grafikę i wrzuci je na koszulkę, to tworzy brand i za chwilę będzie magnatem odzieżowym, a to tak nie działa. Jest mnóstwo aspektów, których trzeba dopilnować, a jak już się przejdzie przez ten poligon, pojawia się nowy problem - musimy to sprzedać. Wczoraj przeczytałem, że Polska jest na drugim miejscu, jeśli chodzi o liczbę marek odzieżowych, także dotarcie do klienta jest z dnia na dzień coraz trudniejsze. Mimo wszystko myślę, że rynek jest szeroki i jak masz ciekawy produkt, możesz spokojnie na niego wchodzić. 

Jaką rolę odgrywa sieć i media społecznościowe w waszej komunikacji z klientami i promocji marki? W końcu polubiło was na Facebooku ponad ćwierć miliona internautów...



Ogromną! Facebook oraz Instagram są genialnymi wynalazkami. W ogóle obecne czasy są fascynujące. Droga od wymyślenia czegoś do pochwalenia się tym jest dzisiaj bardzo krótka. Korzystamy z tych dóbr na potęgę. Jednak unikam wrzucania produktów na zasadzie "zobaczę, co fani powiedzą i zdecyduję czy to robimy". To moim zdaniem niepoważne. Jak nie jesteś pewien tego, co robisz w branży odzieżowej, to nie jest to miejsce dla ciebie. 

Do współpracy przy ostatniej kolekcji zaprosiliście utalentowanego artystę Mateusza Witczaka, to droga, którą chcecie podążać? Jest szansa na współpracę z trójmiejskimi grafikami, absolwentami ASP albo rysownikami z zagranicy?



Tak, dostaliśmy ostatnio bardzo ciekawą propozycję, zatem możecie się spodziewać współpracy z licznymi grafikami z różnych środowisk, których łączy jedno - są mistrzami. Wkrótce powiemy o tym coś więcej. 

Zdjęcia zamieszczane na Instagramie dorównują najlepszym markom zagranicznym. Ścigacie się z amerykańskimi firmami?


O, dziękuję! (śmiech) Też tak sądzę, przekażę fotografowi. Naszym mistrzem jest Michał Chojnacki, który z sesji na sesję jest coraz lepszy. My z kolei staramy się mu często dawać okazję do pokazania swoich umiejętności. Wspólnie z Zulu Kukim tworzą duet, który dostarcza nam naprawdę piękne zdjęcia. Kolekcja damska jest promowana przez Magdę, która też odpowiada za to, jak ta kolekcja wygląda od początku do końca. Jej zjawiskowa uroda odbija się szerokim echem w mediach społecznościowych, co nas bardzo cieszy. Czy się ścigamy z Ameryką? To tak, jakbym rowerem ścigał się z rakietą. Przed nami daleka droga, żeby być na pozycji amerykańskich marek, ale codziennie nad tym pracujemy. 

Zespół projektowy liczy kilka osób, jak dzielicie obowiązki i do kogo należy decydujący głos?



Magda tworzy kolekcje jeśli chodzi o kroje, kolorystykę i nowe produkty. Tak jest od momentu, kiedy na jej prośbę połączyliśmy kolor miętowy z łososiowym, co dla mnie było końcem świata, a okazało się największym hitem sprzedażowym. Wspólne tworzymy pomysły na grafiki do kolekcji. Męskie ubrania to w 100 proc. moja wizja, realizowana przez projektantów. Ja nie mam pojęcia o projektowaniu graficznym i nawet nie chce go mieć. Zespół się poszerza, co bardzo mnie cieszy, ale decydujące zdanie mamy zawsze my. 

Ubrania szyjecie w Polsce, chociaż to droższe rozwiązanie. Rodzimy rynek jest dla pana ważny?



Bardzo ważny. Chcemy szyć w Polsce i robimy wszystko, by tak pozostało, chociaż chwilami jest problem z dostępnością materiałów. Mimo wszystko tworzymy tutaj i jest to ważna część naszej działalności. Ta radość w telefonie, kiedy pani ze szwalni dostaje duże zlecenie i wiem, że zarobi na tym sporo, wynagradza mi wszystko. Ludzie powinni dostawać odpowiednie pieniądze za swoją pracę, a do tego ja po prostu lubię Polaków. 

Wasze ubrania można także kupić zagranicą?



Można, mamy kilka partnerskich sklepów w Wielkiej Brytanii, Czechach oraz Holandii, ale mamy nadzieję, że niebawem ich liczba się powiększy. Pracujemy nad tym intensywnie.

 

Jakie są plany Diamante Wear na najbliższe miesiące?



Jesienią wyjdzie kolekcja, która jest dla nas czymś zupełnie nowym. Ubrania są na poziomie, o którym mogliśmy póki co marzyć, zatem liczę na duży odzew zza granicy. Co do reszty planów - chcemy otwierać więcej swoich sklepów. Obecnie mamy jeden flagowy w Gdańsku przy ul. Grunwaldzkiej 140 oraz otwartą w ubiegłym miesiącu wyspę handlową w gdyńskiej Rivierze.



Share this content

Add a comment

 (with http://)